Środki żywienia zwierząt a GMO – co warto wiedzieć, co mówią przepisy?

Na świecie dużo mówi się o GMO. Gdy dla konsumentów ważne jest to, czy na opakowaniu produktu jest GMO czy nie, po drugiej stronie są hodowcy. To oni bowiem muszą zadbać o to, by właściwie żywić bydło, drób, trzodę, by działać z korzyścią dla siebie, ale i zgodnie z prawem. Tutaj znaczenie mają przede wszystkim pasze. Jak się mają do siebie środki żywienia zwierząt a GMO?

Czym jest GMO?

GMO to skrót od organizm zmodyfikowany genetycznie, czyli taki, którego genom został zmieniony dzięki metodom inżynierii genetycznej. Wszystko po to, aby uzyskać nowe cechy fizjologiczne lub zmienić te istniejące. Z reguły GMO to rośliny. Dzięki temu, że zyskują nowe fragmenty DNA, mają znacznie lepsze cechy. Chodzi głównie o odporność na szkodniki, ale także wirusy i grzyby. Dzięki temu plony nie są tak zagrożone.

Modyfikacje DNA roślin mogą również służyć innym celom – na przykład zwiększeniu zawartości skrobi w ziemniakach, poprawie wartości odżywczych czy wydłużeniu okresu przydatności do spożycia. Najczęściej modyfikacje dotyczą kukurydzy, rzepaku, soi i bawełny. Te cztery rośliny stanowią ponad 90% globalnej powierzchni upraw transgenicznych. W przypadku kukurydzy wprowadza się geny odpowiedzialne za odporność na szkodniki takie jak omacnica prosowianka, co pozwala ograniczyć stosowanie pestycydów.

W rzepaku modyfikacje często dotyczą tolerancji na herbicydy, dzięki czemu rolnicy mogą efektywniej zwalczać chwasty bez uszkadzania samej uprawy. Soja GMO, podobnie jak rzepak, bywa modyfikowana pod kątem odporności na glifosat – substancję aktywną popularnych środków chwastobójczych. Bawełna transgeniczna natomiast produkuje toksyny skuteczne przeciwko owadom z rzędu motyli, które niszczą torebki nasienne.

Środki żywienia zwierząt a GMO

Niewiedza związana z GMO sprawiła, że powstało wiele sprzecznych opinii. Wiele osób boi się wszystkego, co modyfikowane genetycznie. Jednym z poglądów jest to, że modyfikacje genetyczne z roślin są w stanie przejść na organizm zwierzęcy. Właśnie dlatego wiele osób jest przeciwnych stosowaniu paszy z GMO.

Mimo że badania wykazują, iż modyfikacje roślin nie wpływają na zwierzęta, w tym na ich zdrowie, wciąż unika się tematu. Obce DNA zawarte w paszy nie wchłania się do krwi, nie ma go więc w produktach odzwierzęcych jak mięso, mleko, jaja, a nawet w ich odchodach. Wynika to z prostego faktu biologicznego – podczas trawienia wszystkie białka i kwasy nukleinowe (w tym DNA) ulegają rozpadowi na podstawowe składniki. Trawieniu podlegają zarówno fragmenty DNA roślin transgenicznych, jak i konwencjonalnych – w obu przypadkach procesy są identyczne.

Tak więc pasze z GMO nie szkodzą ani zwierzętom, ani ludziom, ani środowisku. Mimo że wiele organizacji naukowych wskazało na brak negatywnych skutków zdrowotnych po spożyciu GMO przez zwierzęta hodowlane, była afera z glifosatem. Chociaż ostatecznie uznano, że nie jest on tak szkodliwy, jak zakładano, na GMO padł cień. Spowodowało to negatywną kampanię. Wiele krajów zabroniło nawet uprawy GMO.

Długoterminowe badania prowadzone na różnych gatunkach zwierząt gospodarskich – od drobiu, przez świnie, po bydło – nie wykazały żadnych różnic w stanie zdrowia, reprodukcji czy jakości produktów pochodzenia zwierzęcego w zależności od tego, czy w diecie stosowano pasze GMO, czy konwencjonalne. Badania te obejmowały wielopokoleniowe obserwacje, co pozwoliło na ocenę wpływu pasz na kolejne generacje zwierząt.

Pasze a GMO – co mówią przepisy?

W 2006 roku Rada Ministrów wydała deklarację, że Polska ma być strefą wolną od organizmów zmodyfikowanych genetycznie. Zgodnie z inicjatywą poselską od 1 stycznia 2019 roku obowiązuje zakaz stosowania pasz GMO. Oznacza to więc, że dzisiaj jest możliwe kupienie tylko takich środków żywienia zwierząt. A gdzie ich szukać? Czy mieszalnie pasz są w stanie zaspokoić potrzeby klientów?

Polskim hodowcom bydła, trzody chlewnej i drobiu środki żywienia zwierząt bez GMO oferuje producent pasz Ekoplon. Dzięki bogatej ofercie mogą wybierać zdrowe pożywienie dla zwierząt. Pasze, które nie posiadają GMO, są często wymogiem przy podpisywaniu umów z mleczarniami, skupami bydła i trzody.

Wprowadzenie zakazu wymusiło na producentach pasz znaczące zmiany w łańcuchu dostaw. Przedsiębiorstwa musiały znaleźć alternatywne źródła białka roślinnego – głównie soi i poekstrakcyjnej śruty sojowej – pochodzące z upraw konwencjonalnych. Wiązało się to z wyższymi kosztami surowców, ponieważ dostępność soi non-GMO na rynku światowym jest ograniczona, a jej cena przewyższa soję transgeniczną nawet o 20–30%.

Polscy producenci pasz musieli również wdrożyć systemy certyfikacji i monitorowania całego łańcucha dostaw, aby zagwarantować brak zanieczyszczeń GMO. W praktyce oznacza to prowadzenie dokładnej dokumentacji pochodzenia surowców, przeprowadzanie testów laboratoryjnych oraz przestrzeganie rygorystycznych procedur magazynowania i transportu. Wszystko to generuje dodatkowe koszty operacyjne, które przerzucane są na hodowców.

Dodatkowym wyzwaniem jest sezonowość upraw oraz zależność od importu. Polska nie jest w stanie samodzielnie wyprodukować wystarczającej ilości białka roślinnego non-GMO, dlatego znaczna część surowców pochodzi z krajów takich jak Brazylia, Ukraina czy USA – z regionów, gdzie prowadzi się certyfikowane uprawy konwencjonalne. To z kolei naraża łańcuch dostaw na wahania cen oraz ryzyko logistyczne.

Tak więc, niezależnie od tego, czy jest się zwolennikiem GMO, ma się do tego podejście neutralne, czy krytykuje się żywność modyfikowaną genetycznie, trzeba zdać sobie sprawę, że nowe regulacje zadecydowały o jej wycofaniu. Szukając środków żywienia zwierząt natrafić się już powinno tylko i wyłącznie na pasze bez GMO. Jak się to wszystko skończy i kto na tym zyska? To się dopiero okaże.

Podobne

dodaj komentarz